Dlaczego osłabło zaufanie do Niemiec. List otwarty Eugeniusza Smolara do min. Annaleny Baerbock, Gazeta Wyborcza 18.08.2022
On-line. „Potrzebne były dopiero bomby, rakiety i zbrodnie rosyjskie, by Niemcy zmieniły politykę wobec Moskwy” https://wyborcza.pl/7,75968,28804272,oto-dlaczego-oslablo-zaufanie-do-niemiec-list-otwarty-eugeniusza.html
Speech by Foreign Minister Annalena Baerbock: Seizing the Transatlantic Moment: Our Common Responsibility in a New World, The New School in New
York, 2.08.2022 https://www.auswaertiges-amt.de/en/newsroom/news/-/2545662
Szanowna Pani Minister,
Z satysfakcją zapoznałem się z Pani wystąpieniem w New
School w Nowym Jorku. Odnalazłem w nim liczne wątki, które są bliskie mnie i
bardzo dużej części polskiej opinii publicznej.
·
Bezwzględne
potępienie Rosji za agresję na Ukrainę i deklarację pomocy naszemu wschodniemu
sąsiadowi, by nie uległ imperializmowi Moskwy.
·
Uznanie, że
celem Putina jest nie tylko zniszczenie niepodległości Ukrainy i jej tożsamości
narodowej, ale podstaw porządku międzynarodowego.
·
Wzmocnienie
NATO poprzez zwiększenie wkładu Europejczyków w bezpieczeństwo.
· Budowanie strategicznej roli Unii Europejskiej w świecie przyszłości przy jednoczesnym podkreślaniu zasadniczego dla naszego wspólnego bezpieczeństwa znaczenia NATO oraz więzi transatlantyckich z USA.
·
Uznanie wagi
umacniania demokracji oraz wartości liberalnych jako podstaw wspólnego
działania na rzecz respektowania praw człowieka oraz prawa i porządku
międzynarodowego, który tak dobrze służył wszystkim, a który jest obecnie
podważany przez Rosję, Chiny i inne państwa.
Tezy Pani popiera z pewnością duża część polskiej opinii
publicznej. Ale nie cała.
Rządzący
Polską podzielają wiele „wartości” Putina
Od 2015 roku rządzi Polską koalicja, która łamie rządy
prawa, w tym niezależność sądownictwa, kolonizuje niemal wszystkie instytucje
publiczne, atakuje prawa kobiet czy mniejszości, takich jak środowiska LGBTQ+.
Rządzącym nie o suwerenność Polski chodzi, lecz o suwerenność ich władzy w
Polsce. Temu wrogiemu przejęciu państwa (state capture) utrudniają
traktaty i zasady unijne.
PiS z sojusznikami koalicyjnymi jest ugrupowaniem
głęboko nieufnym wobec Unii Europejskiej, której zarzuca podporządkowanie
interesom niemieckim i francuskim. W praktyce łamie jej podstawowe wartości i
zasady. Podobnie jak Putin uważa, że Europa zachodnia jest dekadencka,
osłabiona przez imigrację i „lewacką” wielokulturowość, prawa LGBTQ+,
bezbożność i pacyfizm, gotowa do „sprzedania” wszystkiego i wszystkich dla
korzyści gospodarczych. A przy tym elity europejskie, głównie niemieckie, mają
dążyć do stworzenia federacyjnego państwa europejskiego, które ma wyeliminować
państwa narodowe. Polska w tej chorej wizji ulegnie nie tylko hegemonii
francusko-niemieckiej, lecz wręcz znowu przestanie istnieć.
PiS prowadzi agresywną politykę antyniemiecką,
odwołującą się do pamięci o zbrodniach niemieckich lat 1939-1945. Rządy
niemieckie wykazywały się wstrzemięźliwością, nie reagując na obraźliwe często
wystąpienia Kaczyńskiego i jego akolitów. Nie dziwi przy tym niechęć licznych
państw do bliskiej współpracy z rządami w Warszawie i w Budapeszcie, łamiącymi
podstawowe zasady lojalnej współpracy w UE. PiS nie przyjmuje do wiadomości, że
orzeczenia Trybunału Sprawiedliwości UE czy stanowiska Komisji oraz Parlamentu
Europejskiego nie mają na celu, jak PiS twierdzi, obalenie jego rządów, lecz
obronę podstaw oraz spoistości wewnętrznej Unii Europejskiej.
Pisząc ten list do Pani, odmawiam przyjęcia
nacjonalistyczno-suwerenistycznej perspektywy PiS oraz kompleksów liderów i
zwolenników tej partii wobec zachodniej Europy, odrzucam założenia i sposób
prowadzenia nieskutecznej polityki zagranicznej, wymierzonej w Niemcy, Francję
czy w Brukselę, i z niepokojem obserwuję jej konsekwencje, prowadzące do osłabienia
pozycji i możliwości działania Polski. Będąc świadom stopnia pozytywnej
współzależności naszych gospodarek, państw i społeczeństw, odrzucam
wszechobecną w propagandzie rządu PiS schadenfreude wobec Niemiec,
borykających się obecnie z kryzysem energetycznym i możliwością recesji. Nie
tylko dlatego, że konsekwencje tych trudności uderzą i w polską
gospodarkę.
Dla rozpatrzenia proponowanych przez Panią i rząd
niemiecki zmian w UE przyjąć winniśmy dłuższą perspektywę czasową, gdyż rządy
się zmieniają, a realizacja sugerowanych przez Francję i Niemcy reform
obliczona jest na wiele lat. Zdaję sobie również sprawę z różnic w niemieckiej koalicji
rządowej, także tego, że Zieloni – Pani partia – odmiennie od SPD, od lat
reprezentują pryncypialnie proatlantyckie i krytyczne wobec polityki Moskwy
stanowisko.
Taką dłuższą perspektywę przyjmuję oceniając politykę
„silnika francusko-niemieckiego”, dwóch państw, które historycznie odgrywają
szczególnie ważną rolę w integracji europejskiej.
Francja, czyli „my” i „wy”
Francja, bliska w polskiej pamięci historycznej, nie
odnalazła się w poszerzonej Unii. Odmiennie od Niemiec, nie miała strategii
wobec naszego regionu, kierując się, sądzić można, oczekiwaniem, iż niezależnie
od okoliczności i konsekwencji, będzie on podążać drogą wytyczaną przez „starą
Unię”.
Zaskakiwały brakiem realizmu gromko ogłaszane
inicjatywy, takie jak martwa od poczęcia Unia na rzecz Morza Śródziemnego, UE z
czternastoma często wrogimi sobie państwami (2008), czemu towarzyszyła
obojętność wobec Partnerstwa Wschodniego (2009), czy zaskakujący partnerów
unijnych, w świetle wcześniejszego sprzeciwu wobec działań USA i grona
sojuszników w Iraku, atak z Wielką Brytanią na Libię w 2011 r. Zgłoszenie w
2019 r. przez prezydenta Emmanuela Macrona gotowości objęcia obrony Europy
przez francuskie siły odstraszania nuklearnego zdumiało i Niemcy, nic o tym
wcześniej niewiedzące.
Inicjatywy te wywołały intensywne dyskusje i… szybko
umierały śmiercią naturalną. Ostatnio prezydent Macron przedstawił propozycję
powołania Europejskiej Wspólnoty Politycznej. Wielka Brytania odmówiła już
dyskutowania o swoich interesach w towarzystwie Ukrainy, Turcji czy licznych innych
niewielkich państw, dążących do członkostwa w UE[1].
Kolejni prezydenci Francji nie uznawali za „pomocne”
przeprowadzenie wyprzedzających konsultacji, co przywołuje słowa prezydenta Jacquesa
Chiraca z 2003 r.: „państwa wschodnioeuropejskie zmarnowały okazję,
żeby siedzieć cicho”...
Z kolei w 2017 r. zirytowany prezydent François Hollande
skierował znamienne słowa do premier Polski: „Wy macie zasady, my mamy fundusze
strukturalne”. Małe ma znaczenie, że Beata Szydło reprezentowała PiS i wrogość
do Donalda Tuska, o którego wybór na drugą kadencję jako przewodniczącego Rady
Europejskiej wówczas chodziło. Ważne było nagłe zniknięcie pojęcia: „my – Unia
Europejska”, z jej deklarowanymi wartościami i celami, a pojawiło się: „my” –
stara Unia z pieniędzmi i „wy” – Polska, ale też i inne kraje członkowskie na
wschodzie UE.
Przypominając to, nie daję wyrazu jakimś polskim kompleksom, lecz zwracam uwagę na tradycję polityki francuskiej, wykazującą desinteressement imperiale wobec naszego regionu. Bynajmniej nie tylko na wschodzie UE, także wielu zachodnich analityków uznaje liczne polityki Paryża za przejaw działania we własnym interesie narodowym, przykrywanym europejską retoryką i dążeniem do umacniania własnej pozycji wobec „Anglosasów” i Niemców, także poprzez rozwijanie uprzywilejowanych stosunków niegdyś z ZSRR, a później z Rosją. A na tym polu dochodzi do istotnych różnic, nie tylko z rządem PiS. Zauważmy przy tym, że takie nastawienie pomaga suwerenistycznym nacjonal-populistom w Polsce i gdzie indziej, jak też z pewnością nie pogłębia zaufania, mającego służyć dalszej integracji, szczególnie w zakresie polityki zagranicznej i bezpieczeństwa.
[1] Rząd brytyjski zmienił swoje stanowisko i uczestniczył w pierwszej konferencji Europejskiej Wspólnoty Politycznej w Pradze 6.10.2022 r.
Niemcy - zbyt późno stracone złudzenia
Przykład Francji jest jednak mniej dotkliwy niż
doświadczenia z polityką Niemiec, które budziły i budzą zaniepokojenie oraz
rozczarowanie w Polsce, niezależnie – co w obecnej sytuacji zdarza się
nadzwyczaj rzadko – od preferencji politycznych. Nie zmienia tego fakt, że działania
koalicji rządzącej mają na celu atak propagandowy na Niemcy, a nie rzeczową
rozmowę parterów.
Do wojny z Gruzją (2008) można było kierować się
złudzeniami, co do intencji Putina, ale już z pewnością nie po aneksji Krymu i
rozpętaniu wojny w Donbasie w 2014 r.
Mimo to, wbrew nałożonemu przez UE embargu, Rosja
nadal kupowała sprzęt wojskowy lub podwójnego zastosowania – we Francji za 152
mln i w Niemczech za 122 mln euro. Wcześniej tylko naciski sojuszników
zapobiegły dostarczeniu Moskwie w 2015 r. dwóch nowoczesnych okrętów wojennych mistral
o wartości 1,2 mld euro.
Madeleine Albright zauważyła: „Przeszłość nigdy nie
jest przeszłością”. Po doświadczeniach z „Mein Kampf” powinniśmy uważnie
wsłuchiwać się w publicznie głoszone agresywne projekty autorytarnych
przywódców, takie jak przemówienie Putina na monachijskiej konferencji
bezpieczeństwa w 2007 r. Nie możemy unikać zadawania pytań: co sprawiało, że w
Berlinie, zaczynając od szczytu NATO w Bukareszcie w 2008 r., lekceważono
ekspansjonistyczne oświadczenia Putina, że Ukraina nie jest państwem, Ukraińcy
są zaledwie pomniejszym szczepem rosyjskim, który musi zostać reedukowany, a
ich narodowe aspiracje wyeliminowane? Zarzucenie teraz, co Pani podkreśla, pod
wpływem wojny polityki zbliżenia poprzez współpracę (Wandel durch Handel)
jest wyrazem zderzenia się z realiami, za które Ukraińcy płacą teraz krwią,
cała Europa kryzysem energetycznym, a liczne państwa na świecie perspektywą
głodu.
Do ostatniej chwili rząd koalicyjny i osobiście
kanclerz Angela Merkel obstawali przy budowie Nord Stream 2. Skoro projekt ten
jest obecnie martwy, mogłaby Pani zapytać, po co do tego wracać? Z naszej
perspektywy jest on bowiem przykładem odmowy lojalnej współpracy, braku
solidarności i przedłożenia interesów niemieckich (i rosyjskich) ponad wewnętrzną
spoistość UE i NATO, uderzającego w interesy oraz poczucie bezpieczeństwa nie
tylko Ukrainy, ale i Polski czy państw bałtyckich, sojuszników w NATO i w UE,
ze szkodą, dodajmy, dla wspólnej polityki energetycznej całej Unii.
Słyszeliśmy z Berlina zmieniające się uzasadnienia
tego projektu i odmowę przyznania, że Rosja zdobywa potężne narzędzie
wywierania presji na UE a też, że i same Niemcy mogą paść ofiarą szantażu
energetycznego. Mimo to Niemcy konsekwentnie opowiedziały się w 2015 r.
przeciwko propozycji Komisji Europejskiej wspólnych zakupów gazu, osłabiając
szansę na stworzenie rzeczywistej unii energetycznej.
Angela Merkel raz tylko zabrała głos po odejściu z
urzędu, potwierdzając słuszność swojej polityki. Kanclerz Olaf Scholz ostatecznie
zablokował gazociąg Nord Stream 2, ograniczając uzasadnienie do militarnej
agresji na Ukrainę. Musiał minąć ponad miesiąc wojny, a przede wszystkim
ujawnienie mordów rosyjskich w Buczy, Irpiniu i gdzie indziej, zanim prezydent
Niemiec Frank-Walter Steinmeier postanowił zerwać ze swoim i SPD poparciem dla
Nord Stream 2, przyznając 12 kwietnia: „Teraz nie tylko padł ten
wielomiliardowy projekt, ale nasze postępowanie spowodowało również utratę
wiarygodności u naszych wschodnioeuropejskich partnerów."
Te prawdziwe słowa
nie zmieniają faktu, że niemieckie rządy, partie polityczne i biznes działały w
wąskim niemieckim interesie, ułatwiając Rosji przygotowanie jej agresywnych
planów, kontynuując „dialog”, pozbawiony oznak jakiegokolwiek weryfikowalnego
postępu. Wbrew ostrzeżeniom licznych
niemieckich analityków czy apelom o zmianę polityki ze strony byłego prezydenta
Joachima Gaucka i byłego ministra spraw zagranicznych Joschki
Fischera.
Obietnice,
zapowiedzi, uniki i pomoc
W Polsce powinniśmy szczególnie doceniać powojenną
tradycję pacyfistyczną Niemców, optujących raczej za rokowaniami niż za
używaniem siły. Jej ograniczenia w zmienionych warunkach strategicznych
uwypuklił jednak w Berlinie w 2011 r. polski minister spraw zagranicznych, Radosław
Sikorski słowami: „Bardziej niż ich potęgi obawiam się bezczynności Niemiec”…
Owa bezczynność wobec Rosji, powodowana przestarzałymi w zmienionych warunkach
koncepcjami Ostpolitik oraz interesem własnym, ma obecnie swoje
dramatyczne konsekwencje.
Z uznaniem przyjęliśmy reakcję na agresję rosyjską, Zeitenwende
kanclerza Scholza, to jest zapowiedź fundamentalnego zwrotu w stosunkach z
Moskwą, bardzo poważnego zwiększenia nakładów na obronność w samych Niemczech
oraz pomocy Ukrainie.
Źródłem spadku wiarygodności Niemiec w regionie jest
dostrzegany brak konsekwencji w działaniu. Głównie ociąganie się z dostawami
broni dla Ukrainy – bezpośrednio, za pośrednictwem NATO, a także przez
przypadki odmowy wyrażenia zgody na dostawy broni niemieckiej będącej w posiadaniu
innych państw.
Jednocześnie, należy docenić, że Berlin poparł
utworzenie Europejskiego Instrumentu na
rzecz Pokoju o wartości obecnej 2,5 mld euro, wspierającego Ukrainę także
dostawami broni.
Ostatecznie Ukraińcy zaczęli dostawać pewne typy ciężkiej
broni z Niemiec, ale dostępne dane wskazują, że wielkość pomocy militarnej
Berlina znacznie odstaje od możliwości i poziomu zaangażowania licznych innych,
mniejszych państw. Pomoc humanitarna obecnie i obietnica udziału w odbudowie
Ukrainy w przyszłości na nic się zdadzą, jeśli Rosja zwycięży, choćby poprzez
utrwalenie zdobyczy terytorialnych.
Kanclerz Scholz odmawiał dostarczenia Ukrainie
niezbędnej broni ciężkiej, uzasadniając np. w wywiadzie w „Der Spiegel” z 22
kwietnia, że Ukraińcy nie są wystarczająco dobrze wyszkoleni, broń nie jest
gotowa, a Niemcy same nie mogą niczego dostarczyć bez osłabienia Bundeswehry
itd.
Uwagę jednak zwraca polityczne wyjaśnienie
kanclerza: „Nasz kraj ponosi
odpowiedzialność za pokój i bezpieczeństwo w całej Europie. [...] Musimy zrobić
wszystko, co możliwe, aby uniknąć bezpośredniej konfrontacji wojskowej między
NATO a wysoko uzbrojonym supermocarstwem, takim jak Rosja, mocarstwem
nuklearnym. Robię wszystko, co mogę, aby zapobiec eskalacji, która
doprowadziłaby do trzeciej wojny światowej. Nie może dojść do wojny
nuklearnej".
Wobec tych słów należy zastanawiać się, czy w
sytuacji, gdy Polska i inni sojusznicy na wschodzie stali się państwami frontowymi,
możemy ufać, że niemieccy sojusznicy w NATO i w UE przyjdą nam z pomocą w
potrzebie, udzielając wsparcia, co najmniej w postaci dostaw broni i amunicji. Bezwarunkowo i bezzwłocznie, byśmy i
my nie usłyszeli, że Niemcy tego nie uczynią, gdyż „kraj ponosi
odpowiedzialność za pokój i bezpieczeństwo w całej Europie".
Historyk Timothy Snyder skierował pod adresem Niemiec
celne słowa: „Jeśli Ukraina przegra tę wojnę, to stanie się tak być może
dlatego, że inni wykorzystali złą historię, by dać sobie złe powody do
marnowania czasu w tygodniach, które decydują o kształcie świata w
nadchodzących dekadach”.
Ociąganie się i dwuznaczne postępowanie w tak
dramatycznych warunkach nie sprzyja zaufaniu, wiarygodności i jedności,
sprawia, że sojusznicy debatują między sobą, ujawniając wobec Moskwy czy Pekinu
podziały i słabości, wzmagając w sposób oczywisty tendencje dezintegracyjne w
samej Unii.
Weto, a
sprawa nie tylko polska
Problem zaufania i wiarygodności musi zostać
rozwiązany w sposób absolutnie jednoznaczny, zanim wkroczymy, co Pani rząd
proponuje, na drogę większościowego głosowania w sprawach polityki zagranicznej
i bezpieczeństwa UE.
Już Pani poprzednik, Heiko Mass, wzywał do tego po
zablokowaniu w czerwcu 2021 r. przez grupę państw zaskakującej i dyplomatycznie
nieprzygotowanej inicjatywy Merkel i Macrona. Polegała ona na podjęciu
bezpośrednich rozmów na szczycie Unii z Putinem, choć po lekceważącym
potraktowaniu Josepa Borrella w Moskwie w lutym tego roku było jasne, że Rosja
nie uznaje UE za partnera. Mass wzywał:
„Nie możemy już dłużej
pozwalać na to, byśmy byli zakładnikami tych, którzy swoim wetem
paraliżują europejską politykę zagraniczną. Stawką jest zdolność Europy do
działania. Fakt, że poszczególne kraje regularnie blokują decyzje dotyczące
polityki zagranicznej, zagraża spójności Europy. Dlatego też musimy otwarcie
powiedzieć: weto musi zniknąć. Nawet, jeśli miałoby to oznaczać, że Niemcy
mogłyby zostać przegłosowane”.
Wczytując się w słowa ministra Massa, nie wiem, jak
postąpiłyby Niemcy, ale wątpię, czy Francja pogodziłaby się z przegłosowaniem w
sprawie tak zasadniczej jak polityka zagraniczna i obronna.
Nie był to podyktowany chwilowymi emocjami wyraz
intencji, skoro 20 grudnia 2021 r. podczas spotkania w Rzymie z premierem Mario
Draghim nowy kanclerz Olaf Scholz także zasugerował, że w „niektórych
sytuacjach decyzje powinny być podejmowane przez kwalifikowaną większość”.
Draghi skomentował sceptycznie: „Jeśli zastanowimy się, co oznacza odrzucenie
jednomyślności w obliczu podjęcia decyzji o wysłaniu swoich żołnierzy do walki,
to zdajemy sobie sprawę, jak jest to skomplikowane”. Biorąc pod uwagę
kompetencje Bundestagu w tej sferze, a też i różnice wśród uczestników rządzącej
koalicji, można przypuszczać, że w samych Niemczech komplikacje byłyby nawet
większe.
Zaskakuje obstawanie przy tej radykalnej propozycji
wobec poważnych różnic w polityce rządów państw członkowskich. Wojna w Ukrainie
różnice te obecnie osłabiła, ale nie wyeliminowała. Powrócą z siłą, gdyby np.
Rosja osiągnęła przewagę w Ukrainie lub gdyby w USA prezydentem został ponownie
wybrany Donald Trump czy ktoś jemu ideowo podobny. Zauważmy, że i NATO,
podstawa naszego wspólnego bezpieczeństwa, jest paktem polityczno-wojskowym, którego działanie wymaga jednomyślności, a
zakres reakcji na zagrożenie każde państwo określa samodzielnie. Często słabe
rządy koalicyjne w licznych krajach zależne są od labilnej i zmiennej
większości parlamentarnej. Czy więc od ambicji którejś z partii, działającej w
interesie własnej popularności, ma zależeć nasze bezpieczeństwo?
Kto ma
walczyć? Kto dowodzić?
Ponadto, tak dalece idący krok wymagałby zmiany
traktatów, a niewielu uznaje to za realistyczną perspektywę. W maju trzynaście
państw członkowskich, nie tylko z Europy Środkowo-Wschodniej, ale również
Dania, Finlandia i Szwecja, opowiedziały się przeciwko zmianom w traktatach
unijnych.
Ze względu na poważne różnice, nawet w mniejszej Unii
sześciu państw nie udały się próby powołania Europejskiej Wspólnoty Obronnej i
europejskiej armii (1952). Niewielu dostrzegło rozwiązanie Unii
Zachodnioeuropejskiej (1955-2010) z jej zobowiązaniem natychmiastowego i
bezwarunkowego udzielenia pomocy wojskowej w wypadku agresji na któregoś z
członków. Klauzula ta była silniejsza niż zobowiązania sojusznicze artykułu 5. Traktatu
Północnoatlantyckiego, według którego „w razie ataku na któregoś z sojuszników
państwo członkowskie paktu udzieli pomocy Stronie lub Stronom tak napadniętym
(…) podejmując (…) akcję, JAKĄ UZNA ZA KONIECZNĄ, nie wyłączając użycia siły zbrojnej”.
Nie powiodła się żadna z podejmowanych w przeszłości prób uzupełnienia traktatowego zestawu zadań i zobowiązań UE o aspekt wojskowy, włącznie z przyjętym w maju Europejskim Kompasem Strategicznym. Podobnie jak w przeszłości, państwa członkowskie nie były w stanie uzgodnić funkcji decyzyjno-operacyjnych wynikających z dwóch zasadniczych pytań:
- Kto ma podejmować decyzje o użyciu europejskich sił zbrojnych?
- Kto ma prowadzić działania operacyjne?
Doświadczenie dowodzi, że mimo wieloletnich prób, poza skutecznym egzekwowaniem standardów w handlu i przemyśle oraz polityką pomocową, trudno mówić o wspólnej polityce zagranicznej i bezpieczeństwa Unii, która nieprzypadkowo w traktatach wymaga jednomyślności. W obliczu odmiennych historii, tradycji politycznych, kultury bezpieczeństwa oraz poczucia zagrożenia 27 państw próby wprowadzania głosowania większościowego w polityce zagranicznej i bezpieczeństwa nie rozwiążą żadnego z problemów, a tylko przyczynią się do zwiększenia napięć i podziałów, a w konsekwencji do osłabienia Unii.
Zadajmy podstawowe pytania:
·
Jakie cele mielibyśmy w UE zrealizować przy zastosowaniu zasady
większościowej w polityce zagranicznej i obronnej?
·
Jakie cele moglibyśmy obecnie zrealizować przy istniejącym systemie
podejmowania decyzji, jeśli istniałaby wola polityczna zainteresowanych –
wszystkich lub grupy państw?
· Kto owe cele miałby określać i jak dać poczucie bezpieczeństwa wszystkim państwom członkowskim w procesie ich realizacji?
Tak się z pewnością nie
stanie, jeśli będą przegłosowywane w sprawach uznawanych przez nie za mające
zasadnicze znaczenie dla ich bezpieczeństwa czy interesów.
Jesteśmy
wspólnotą, ale każdy ma swoje interesy
W przemówieniu w New School zwróciła Pani uwagę na to,
że absurdalnie używamy kilkanastu typów czołgów, i wezwała do integracji
europejskiego przemysłu zbrojeniowego. Dlaczego więc choćby Francja, Niemcy,
Włochy, Holandia, Belgia czy Hiszpania nie były w stanie tego dokonać w
przeszłości, nie czekając na zgodę innych krajów? Istnieje przecież mechanizm
„pogłębionej współpracy”, który umożliwia grupie państw realizowanie projektów,
na które nie ma obecnie zgody wszystkich.
Tak się nie stało, gdyż wszystkie państwa
członkowskie, w tym i Niemcy, jeden z największych eksporterów broni,
zazdrośnie chronią swoją niezależność, zdolności produkcyjne i miejsca pracy w
tej strategicznie ważnej dziedzinie. Ponadto, przyzna Pani, że zakupy
zbrojeniowe podlegają racjonalności nie tylko militarnej czy przemysłowej, ale
i politycznej. Nieprzypadkowo Polska i Niemcy zdecydowały się na zakup
myśliwców amerykańskich F-35, a nie najnowszego Eurofightera Typhoon.
Proeuropejska retoryka zderza się z polityką państw
członkowskich prowadzoną w interesie narodowym. Nic nowego, rządy zawsze tak
postępowały, dbając jednocześnie, jakże ważne to uzupełnienie, o interes
wspólny w ramach UE. Nie powinniśmy być tym rozczarowani, niemniej, odwoływanie
się do haseł oderwanych od rzeczywistości wyrządza szkody jedności
europejskiej i pomaga nacjonal-populistom odwołującym się do suwerenności i
patriotyzmu, a jednocześnie wzmacnia teorie spiskowe wyborców, według których
ukrywane są rzeczywiste cele proponowanych polityk.
Jednym z najistotniejszych
problemów w sferze bezpieczeństwa jest kwestia współdziałania między UE a transatlantyckim
NATO. Unia powinna mocniej zaangażować się we
współdziałanie z NATO, w proces, który hamuje głównie ona sama, obawiając się
dominacji Sojuszu. Wraz z przystąpieniem do NATO Finlandii i Szwecji, państw wcześniej
neutralnych, znika argument o trudnościach w realizacji wspólnej polityki
bezpieczeństwa. Na porządku dziennym stoi problem dokonania w Europie
niezbędnego skoku technologicznego dla skutecznej interoperacyjności
europejskich i amerykańskich sił zbrojnych. UE może odegrać zasadniczą rolę w
tej dziedzinie – dla obrony własnej i dla pogłębienia współpracy z USA.
Siła przez współpracę!
Hasłem tym winniśmy się kierować w stosunkach i z USA
oraz NATO, i wewnątrz samej Unii. Obstawanie w obecnych warunkach przy
głosowaniu większościowym i tworzeniu Europy federalnej jest wyrazem swoistego
daltonizmu politycznego, gdyż jest nie tylko nierealistyczne, lecz wręcz
szkodliwe dla delikatnej równowagi między państwami członkowskimi. Jest ponadto
eksploatowane przez suwerenistów we Francji, Włoszech, Hiszpanii czy w Polsce.
Przeciwstawianie się zagrożeniom agresywnych nacjonalizmów, nawet, jeśli ich
źródła wynikają z obaw i mają charakter obronny, nie może usuwać z naszej
perspektywy konieczności umacniania funkcjonalnego modelu pogłębianej
integracji w różnorodności.
Czy więc, zanim podejmie się próbę wprowadzenia głosowania większościowego w zakresie polityki zagranicznej i obronnej, budowy Europy federalnej czy choćby tworzenia europejskiego przemysłu obronnego, nie powinniśmy oczekiwać podjęcia kroków, wydawałoby się mniej ambitnych, które Unię zdecydowanie wzmocnią, także wobec zagrożeń zewnętrznych? Wymienię kilka:
- Dokończenie reform w strefie euro, to jest wspólne zarządzanie gospodarką i finansami, co jest niemożliwe bez harmonizacji polityk w ramach Unii Fiskalnej i Unii Socjalnej;
- Dokończenie tworzenia jednolitego rynku UE, także w zakresie usług;
- Stworzenie warunków dla zmniejszenia różnic rozwojowych między północą a południem Europy, choćby dla osłabienia napięć społecznych, które grożą spoistości całej Unii.
Od lat postęp w tych dziedzinach hamują same państwa
strefy euro, broniące własnych miejsc pracy i przemysłów. Kryzys grecki okaże
się mało znaczącym epizodem w obliczu potencjalnego kryzysu we Włoszech.
Powinniśmy bez wątpienia w obliczu tak licznych
zagrożeń pogłębiać integrację we wszystkich dziedzinach, które pomagają nam
wszystkim, także z użyciem mechanizmu głosowania większościowego, ale i – co
szczególnie ważne – umacniają w obywatelach Europy przekonanie o użyteczności i
skuteczności wspólnego działania w ramach UE.
Należy wspierać koncepcję autonomii europejskiej,
szczególnie wobec niepewności, co do przyszłej polityki nie tylko Rosji czy
Chin, ale i Stanów Zjednoczonych. Autonomię można uzyskać przez poważne
zwiększenie nakładów na obronność i koordynację działań państw członkowskich.
Suwerenność natomiast wymaga i odpowiednio wysokich inwestycji w siły zbrojne,
i jednolitego, posiadającego odpowiednie uprawnienia wykonawcze dowództwa, na
które wszyscy członkowie UE musieliby się zgodzić. Ten typ quasi
państwowej egzekutywy wymagałby utworzenia rzeczywiście federalnej UE, na co
państwa członkowskie nie są, i nie wiadomo kiedy, będą gotowe.
Czyńmy więc obecnie
maksymalnie wiele, by wzmocnić UE we wszystkich możliwych dziedzinach, w tym
odporność gospodarek, struktur państwowych i społeczeństw, dla samej Unii, ale także
jako skutecznego partnera NATO.
Bardzo wiele można osiągnąć drogą pragmatycznego
mechanizmu wzmocnionej współpracy grupy państw. Nie tylko symbolicznie ważną
jest oczywiście jednomyślność całej UE, ale w obecnej dramatycznej sytuacji
wojny, śmierci i zniszczenia, także kryzysu energetycznego oraz groźnych
konsekwencji gospodarczych i społecznych w wielu krajach, liczą się konkretne
posunięcia wzmacniające NATO, UE i Ukrainę oraz osłabiające Rosję. A do tego
potrzebna jest wola polityczna nie tylko Berlina, Paryża czy Rzymu, ale i
rządów oraz parlamentów innych państw członkowskich.
Polacy są
niezmiennie prounijni, nawet zwolennicy PiS
Forsowanie własnych wyobrażeń wbrew rzeczywistości w
polityce bezpieczeństwa państw grozi katastrofą. Z tym się zderzyły obecnie
Niemcy, głównie w stosunkach z Rosją, ale i w relacjach sojuszniczych, gdyż
zmianę w polityce spowodowało nie samodzielne przemyślenie założeń i złudzeń
przeszłej polityki wschodniej, lecz bomby, rakiety i zbrodnie rosyjskie.
W UE integracja zawsze była i pozostaje procesem,
toteż obecnie potrzebujemy nade wszystko procesu dostosowywania się do nowej
sytuacji poprzez konstruktywną, lojalną współpracę wszystkich ze wszystkimi
przy realizacji konkretnych, służących nam wszystkim projektów. Przy
świadomości, że wszystkie, rosnące pod naciskiem zagrożeń ambitne cele –
gospodarcze, społeczne, klimatyczne, obronne i liczne inne – pod wpływem tzw.
oszczędnych państw członkowskich, mają być realizowane za zaledwie 1 proc. PKB.
Na koniec, Szanowna Pani Minister, zwracam uwagę, że
regularnie ponad 80 proc. (!!!) Polaków wspiera członkostwo w UE, w tym więc i
zwolennicy rządów PiS. Także większość ma zaufanie do instytucji unijnych
większe niż do własnego rządu. Jest to ogromnie pozytywny punkt odniesienia dla
myślenia o miejscu Polski w Unii przyszłości. Jeśli tylko wszyscy, wzajemnie
lojalni wobec siebie, zejdziemy na ziemię i zajmiemy się tym, co prawdziwie
potrzebne i możliwe.
A wówczas, nie mam wątpliwości, przyczynimy się i do
tego, co podkreśla Pani w swoim wystąpieniu, to jest do pożądanego i
skutecznego „partnerstwa w przywództwie” Unii Europejskiej i Stanów
Zjednoczonych.
Eugeniusz
Smolar
No comments:
Post a Comment